Wyprawa ARII do Szczecińskiej Filharmonii

Dzięki Złotej Polskiej Jesieni wyprawa autokarowa naszego Stowarzyszenia Miłośników Opery do Szczecina przebiegała w widowiskowej oprawie. Przez okna autokaru podziwialiśmy barwne jesienne krajobrazy. W zamierzeniu chcieliśmy „upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu” – obejrzeć przedstawienie w świeżo wyremontowanej Operze Szczecińskiej oraz wysłuchać koncertu i podziwiać nowy budynek Filharmonii Szczecińskiej im. Mieczysława Karłowicza.
 
To bardzo interesujący gmach obsypany międzynarodowymi nagrodami, m. in. Nagrodą Unii Europejskiej dla Architektury Współczesnej im. Miesa van der Rohe. Niestety, remont Opery Na Zamku przedłużył się, tak więc ta atrakcja nam odpadła. Dzięki sprawnej organizacji i zdyscyplinowaniu uczestników wycieczki zameldowaliśmy się w hotelu w Szczecinie około godziny 16. Mieliśmy czas aby przygotować się na wieczór koncertowy. Wybraliśmy się do Filharmonii spacerkiem. Jej gmach to wielka biała bryła, stylizowana na organy – nie tylko ja miałam takie skojarzenie. Wieczorem jest pięknie podświetlona, i to w różnych kolorach – w zależności od pory roku i okolicznościowych świąt.
 
Wnętrze jest jednorodnie białe – łącznie z posadzkami. Praktycznie bryła nie ma okien. Dla mnie wszechobecna biel i prostota wykończenia była nieco przytłaczająca. Ciekawie rozwiązane są schody – oprócz głównych, również dodatkowe, kręte, przebiegające z bardziej łagodnym nachyleniem. Sala koncertowa sprawia wrażenie przyjaznej, poprzez ciepły słoneczny kolor. Jak objaśniła nam przewodniczka, została wyłożona metalową folią. Oczywiście, zgodnie z zasadami akustyki żadna ze ścian nie ma płaskiej powierzchni. Sala ma kształt klasyczny; to prostokąt, w którym na jednym z krótszych boków umieszczona jest estrada. Na razie Filharmonia nie posiada organów.
 
Mieliśmy bardzo dobre miejsca na balkonie. Przy okazji ze zdumieniem stwierdziliśmy, że nawet w tak chwalonej architektonicznie budowli są zaskakujące niedociągnięcia. Na balkonie stopnie są tak krótkie, że nawet dysponując przeciętną numeracją obuwia można mieć kłopoty z ustawieniem stopy. Nie ma też poręczy, co dla niektórych starszych osób było zauważalnym utrudnieniem.
 
Na drugim piętrze mieliśmy okazję podziwiać wystawę prac Edwarda Dwurnika. Jego bajecznie kolorowe, abstrakcyjne obrazy przełamywały wszechobecną biel.
 
Koncert rozpoczął irlandzki artysta o międzynarodowej sławie – Barry Douglas. Zagrał koncert fortepianowy B-dur nr 2 op. 83 Johannesa Brahmsa. Szczególnie ciekawie słuchało się jego interpretacji w zestawieniu z niedawnym wykonaniem tego koncertu przez Martę Argerich na inauguracji Konkursu Chopinowskiego. To zupełnie inne osobowości artystyczne, inny temperament. Sam utwór zaś jest nie tylko trudny technicznie, ale i koncepcyjnie; wymaga od solisty – pianisty nie tylko wirtuozerii, ale też podporządkowania się chwilami orkiestrze. Złożony jest z czterech części. Ważną rolę w części I odgrywają rogi; zabrzmiały w tej sali przepięknie i prawdziwie romantycznie. Część II to dramatyczne scherzo. Mnie najbardziej podobała się część III, szczególnie temat wiolonczelowy. Porównując ten koncert z występem rozpoczynającym Konkurs Chopinowski miałam wrażenie, że w Warszawie podkreślona była wręcz solistyczna rola wiolonczeli z rzeczywiście „prześliczną wiolonczelistką”. W Szczecinie grupa wiolonczel została potraktowana jako całość. Ale może to tylko moje odczucie. Część IV tego koncertu to ognisty finał z elementami muzyki węgierskiej.
 
Naprawdę można było docenić świetną akustykę tej sali. Koncert zabrzmiał porywająco. Szczególnie podobało mi się brzmienie instrumentów dętych blaszanych.
 
W drugiej części programu wysłuchaliśmy Symfonii F-dur nr 3 z op. 90 Johannesa Brahmsa. Dyrygentem obu utworów był urodzony w Petersburgu, a wykształcony w USA Mikhail Agrest. To młody muzyk który, jak się później okazało, mieszkał również w naszym hotelu i zaprzyjaźnił się z niektórymi uczestnikami naszej wycieczki.
 
Symfonia nosi nazwę Heroiczna ze względu na podniosłość wstępu i zakończenia. W tym utworze również zachwycałam się brzmieniem instrumentów dętych. Być może częściowo jest to związane z rewelacyjną akustyką tej sali. W podniosłym nastroju, pełni muzycznych wrażeń wróciliśmy do hotelu.
 
Następnego dnia wcześnie rano umówieni byliśmy z przewodnikiem. Był piękny, słoneczny poranek, ale nieco chłodny. Szczecin to rozległe miasto, w którym znaczny procent powierzchni stanowią tereny zielone i woda. Zwiedziliśmy część miasta, która stanowiła „wizytówkę” grodu od strony portu na początku XX wieku. To imponujące schody, fontanna i reprezentacyjne budynki usytuowane symetrycznie na Wałach Chrobrego. Ich twórcą był architekt G. E. Hausmann. Miasto, które uzyskało prawa miejskie w 1243, było przebudowane w początkach XIXw. na planie placów gwiaździstych (podobnie jak Paryż). W swojej historii było słowiańskie, niemieckie, szwedzkie, francuskie i pruskie. To tu urodziła się późniejsza caryca Katarzyna.
 
Zwiedziliśmy Zamek Książąt Pomorskich, rezydencję Gryfitów od połowy XIVw. do 1637r. Był on wielokrotnie przebudowywany i rozbudowywany, m. in. z okazji ślubu księcia pomorskiego Bogusława X z córką Kazimierza Jagiellończyka – Anną Jagiellonką. Duża część Zamku została zniszczona podczas działań II wojny światowej. Powojenna rekonstrukcja przywróciła mu XVI – wieczny renesansowy wygląd.
 
Obejrzeliśmy też bogato zdobione Bramy: Portową i Królewską. Ciekawostką były Domki Profesorskie – prekursor campusu uniwersyteckiego. Przewodnik pokazał nam również kilka historycznych kościołów.
 
Pojechaliśmy na Jasne Błonia – rozległy teren spacerowy, z interesującymi platanami oraz Pomnikiem Czynu Polaków (Trzech Orłów). Za Pomnikiem rozciąga się aleja prowadząca nad jezioro Rusałka i amfiteatr (gdzie w ubiegłe wakacje oglądałam „Nabucco”).
 
Szczecin jest bardzo interesującym miastem, godnym ponownego odwiedzenia. Mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś je odwiedzimy i obejrzymy spektakl Opery na Zamku.

Galeria zdjęć

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *